Od trzydziestu lat firma Capcom raczy graczy kolejnymi częściami serii Resident Evil. Po kilkuletniej przerwie, jaka nastała po nieudanej szóstej części, dostaliśmy sporą zmianę związaną z dylogią Ethana Wintersa (Resident Evil 7: Biohazard oraz Resident Evil Village). Zmienił się sposób prezentacji (perspektywę trzecioosobową zastąpiła pierwszoosobowa), a cała historia stała się bardziej filmowa. Dziewiąta część głównej serii miesza stare z nowym. Dostajemy to, co najlepsze w części czwartej (grę akcji), oraz klaustrofobiczny horror w stylu nowych odsłon. Ale czy ten mariaż ma sens? Postaram się ci na to odpowiedzieć w tej recenzji.

Powrót do Raccoon City
W Requiem na przemian śledzimy losy dwóch postaci: młodej analityczki FBI Grace Ashcroft i doświadczonego agenta DSO Leona S. Kennedy'ego. Grace bada zagadkowe, potencjalnie niezwiązane ze sobą śmierci ocalałych z zagłady miasta Raccoon City. W toku śledztwa trafia do hotelu, gdzie osiem lat wcześniej zginęła jej matka, Alyssa Ashcroft. Bohaterka odnajduje nośnik danych zostawiony tam przez matkę, ale zostaje porwana przez antagonistę, byłego naukowca korporacji Umbrella - Victora Gideona. Losy Grace i Leona zazębiają się, kiedy ten drugi, nadgryziony zębem czasu i naznaczony wirusem T, również trafia na ślad doktora Gideona.
W grze odwiedzimy trzy duże lokacje - szpital, miasto i laboratorium - a oprócz nich przejdziemy kilka mniejszych, bardziej korytarzowych etapów, jak hotel, kanały czy posterunek. Pierwsza część gry dzieje się głównie w wielkim szpitalu, opanowanym (a jakże) przez zombie. W drugiej części Grace i Leon trafią do Raccoon City, gdzie będziemy mogli zobaczyć, jak miasto wygląda 28 lat po zniszczeniu.
Historia w Resident Evil Requiem jest tak samo mało wiarygodna jak w poprzednich częściach. Oczywiście wraca temat wirusa T, antidotów, kontroli umysłu, superżołnierzy i wszystkiego, do czego seria przyzwyczaiła nas przez lata. Osobiście nie postrzegam tego jako wady. Te pokręcone pomysły to cecha charakterystyczna serii. Już dawno przestałem próbować przewidywać, co się dalej w tej historii wydarzy.

Kryj się albo żryj ołów
Resident Evil Requiem obsługuje dwa tryby kamery. Sama gra sugeruje, że sekwencje Grace - nastawione na chowanie się - powinniśmy rozgrywać w trybie pierwszoosobowym, a fragmenty Leona - te, w których faszerujemy wrogów ołowiem i załatwiamy ich kopniakami z półobrotu - w trybie trzecioosobowym. Tryby możesz jednak dowolnie zmieniać. Ja grałem w tym zalecanym układzie i muszę przyznać, że robi on robotę. Chowanie się i przemykanie po ciasnych pokojach jako Grace, tak żeby nie narobić hałasu, rzeczywiście podnoszą ciśnienie. A w napakowanych przeciwnikami sekwencjach Leona tryb trzecioosobowy pozwala lepiej rozeznać się w sytuacji.
Tak naprawdę dostajemy dwie gry w cenie jednej. Część związana z Grace (głównie pierwsza połowa gry) to skradanie się i ciągły brak amunicji. Mały rozmiar ekwipunku powoduje, że będziemy raczej unikać walki, a kiedy już się na nią zdecydujemy, zwykle stanie naprzeciwko nas pojedynczy wróg. Są też zagadki (nic, co stanowiłoby większe wyzwanie) oraz przeciwnicy, których nie jesteśmy w stanie pokonać. I właśnie w tych fragmentach Requiem straszy najmocniej. Grając Grace, ani na chwilę nie zapominamy, jak słaba jest nasza bohaterka - gra sama sugeruje, żeby wrogów omijać: przekraść się za ich plecami albo po prostu szybko koło nich przebiec. Do tego dochodzi ciągłe poczucie zaszczucia i to ono odpowiada za ten klaustrofobiczny horror w stylu nowych odsłon.
Sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy gramy Leonem. W pierwszej części gry są to tylko krótkie fragmenty, ale w drugiej to on wychodzi na pierwszy plan. Leon to maszyna do zabijania, nie ma problemów z amunicją czy bronią, a do tego potrafi walczyć wręcz. Plansze Leona to gra akcji ze wszystkim, co miło wspominam z Resident Evil 4 (jest nawet piła motorowa). Niezależnie od stylu gry do wyboru dostajemy cztery poziomy trudności: Casual, dwa warianty Standard - nowoczesny i klasyczny (z zapisem na wstążki, jak za starych czasów) - oraz odblokowywany po ukończeniu gry tryb Insanity. Mój wybór padł na nowoczesny Standard.

Dobrze naoliwiony silnik
Resident Evil Requiem powstało na silniku RE Engine, stworzonym na potrzeby siódmej części i użytym w kolejnych odsłonach oraz remake'ach. Gra wygląda naprawdę dobrze. Ogrywałem wersję na Nintendo Switch 2 w trybie przenośnym i poza kilkoma miejscami z psującym się światłem oraz drobnymi spadkami klatek w mieście nie mam się do czego przyczepić. Na dużych konsolach gracze dostali również ray tracing, ale nie czułem jego braku. Same projekty poziomów należą do tych bardziej typowych, nie ma tutaj dziwacznych lokacji z siódemki i ósemki. Te z pierwszej części gry (hotel i szpital) wyglądają moim zdaniem lepiej niż generyczne miasto i sterylne laboratoria Raccoon City.
Warstwa dźwiękowa też stoi na wysokim poziomie. Głosy postaci dobrze pasują, a zombie jęczą jak należy. Dodam jeszcze, że gra dostała również polską wersję językową w formie napisów. Mnie, jako fana Nintendo, cieszy fakt, że gra wyszła na konsolę tej firmy, do tego w pakiecie z siódemką i ósemką.
Resident Evil Rocznica
Requiem wychodzi na trzydzieste urodziny serii i widać to na każdym kroku - to gra stworzona dla fanów. Szczególnie jej druga połowa. Podczas wędrówki Leona po Raccoon City trafimy nawet na posterunek i wroga z części drugiej. Zresztą fanserwisem jest już sama obecność Leona. A smaczków jest podobno dużo więcej - internetowe zestawienia wymieniają dziesiątki nawiązań do poprzednich części. Mnie grało się w to bardzo przyjemnie, choć całość trochę się dłużyła - a tego nie doświadczyłem przy żadnej z poprzednich części. Licznik na moim Switchu pokazał ponad 15 godzin, co mniej więcej pokrywa się z danymi serwisu HowLongToBeat - pierwsze przejście to około 12-15 godzin, a zebranie wszystkiego potrafi zająć ponad 30. Dwa razy byłem nawet zasmucony, że po przejściu dużego etapu znów gram tą samą postacią, tym razem na mniejszej planszy. Jeśli oceniasz gry po długości, to pewnie będziesz zadowolony. Mnie te fragmenty wybijały trochę z rytmu i zostawiały z pytaniem o ich zasadność.
Podział gry między dwie bardzo różne postacie również jest ciekawy - dzięki sekwencjom akcji Leona dostajemy trochę odpoczynku od ciężkiego klimatu w części, gdzie prowadzimy Grace. Nieco gorzej to działa w drugiej połowie, gdzie fragmenty skradankowe są odskocznią od armagedonu sprowadzonego przez Leona - przy nim strachu jest już jednak dużo mniej, więc nie bardzo jest co rozładowywać.

Mariaż z rozsądku
Czy ten mariaż ma więc sens? Moim zdaniem tak, ale to mariaż z rozsądku - spina go przede wszystkim nostalgia i trzydzieści lat serii na karku. Gra jest odpowiednio straszna, ma odpowiednio dużo akcji, ale ciężko powiedzieć, czym jest jako całość. Raczej nie obroniłaby się, gdyby nie była częścią serii Resident Evil. Sam eksperyment z parą tak różnych postaci uważam za udany (choć seria od dawna używa par bohaterów, więc to raczej ewolucja niż rewolucja), ale w kolejnych częściach wolałbym jednak osobną historię i skupienie się na jednej postaci.
Zagraj w Resident Evil Requiem, jeśli:
- Grałeś w pierwsze cztery części Resident Evil (bądź remake'i).
- Masz silne nerwy i nie przeszkadza ci morze krwi i flaków.
- Szukasz gry, która nie każe ci zbytnio wysilać szarych komórek.
Myślę, że nie będzie to gra dla ciebie, jeśli:
- Nie lubisz horrorów i/lub zombie.
- Grałeś tylko w części z Ethanem Wintersem (a właściwie: jeszcze nie teraz - nadrób dwójkę, trójkę i czwórkę w remake'ach i wróć).
- Szukasz w grach czegoś nowego i świeżego.
Tytuł: Resident Evil Requiem
Gatunek: survival horror / akcja
Reżyseria: Koshi Nakanishi
Producent: Masato Kumazawa
Deweloper / wydawca: Capcom
Silnik: RE Engine
Platformy: PC (Steam), PlayStation 5, Xbox Series X|S, Nintendo Switch 2
Premiera: 27 lutego 2026
Polska wersja językowa: napisy
PEGI: 18

